Social Icons

Featured Posts

piątek, 29 kwietnia 2016

Potrzebna cała wioska - Agnieszka Stein, Małgorzata Stańczyk

Krótko mówiąc, ta książka przedstawia sedno rodzicielstwa opartego na więzi. Jeżeli w różnych artykułach spotykacie się z hasłem rodzicielstwo bliskości i nie do końca wiecie co ma na celu – rozmowa Małgorzaty Stańczyk z Agnieszką Stein pomoże odkryć sedno tego podejścia do wychowania.
Agnieszka Stein jest psychologiem pracującym z rodzicami. Daleko jej do specjalisty wznoszącego się z wyżyn i krytycznego spoglądania na wszystkich, którzy nie podążają za jej poradami. Jest autentyczna, poszukująca porozumienia i świetnie przygotowana merytorycznie. Rozmowa ma charakter nieco bardziej osobisty niż dwie wcześniejsze książki Stein („Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”) - można przeczytać o jej własnych dylematach i doświadczeniach rodzicielskich (jej syn wkracza w wiek nastoletni).
Jeżeli czytanie poradników dla rodziców wywołuje u was poczucie winy, ale chcielibyście zmian w waszym rodzicielstwie – to autorka po którą warto sięgnąć, a ten wywiad pomoże uporządkować własne przekonania, a może nawet kawałek własnej historii. Nie sposób też cytować pojedyncze zdania autorki, bo każda refleksja jest u niej pogłębiona i wymaga wyjaśnienia:


To w jaki sposób wchodzę w relację z rodzicem, bardzo wiąże się z tym, jak chciałabym, żeby oni wchodzili w relację z dzieckiem. Skoro wiem, że ludzie lepiej się uczą wtedy, kiedy się dobrze czują, to dbam o to, żeby rodzice się dobrze czuli kiedy ze mną rozmawiają. Niezależnie od tego, co jest ich dziecku i jaki ich dziecko ma kłopot, nie pomoże mu to, ze rodzice będą się bardzo martwić albo stresować. Zestresowani i zmartwieni rodzice nie mogą dać dziecku wystarczającego wsparcia. Dlatego bardzo dużo rozmawiam z rodzicami o rzeczach , które mają poprawić ich samopoczucie, dać im poczucie, że sytuacja nie jest beznadziejna, że mogą dać sobie radę. Staram się pokazać im, że nie są takimi złymi rodzicami, jak myśleli, bo bardzo wielu rodziców przychodzi do mnie i mówi, że zrobili coś źle. Kiedyś wszyscy uważali, że to dziecko jest zaburzone, a tera to rodzice masowo uważają, że robią coś źle. Bo dziecko kreowane jest na produkt i dlatego dorośli uważają, że jak proces produkcyjny przebiega dobrze, ot musisz dostać określony efekt.
Wychowujemy dzieci przez to, jacy jesteśmy w głębi serca, a nie przez to, czego chcemy świadomie nauczyć. (…) To na kogo wyrośnie dziecko, niewiele ma wspólnego z tym, na kogo je rodzice wychowują i co robią, ale ma bardzo dużo wspólnego z tym, w jakiej atmosferze dzieci się wychowują i czym nasiąkają żyjąc z rodzicami.




Potrzebna cała wioska“ jest też dobrym punktem startowym, ponieważ Agnieszka Stein podczas rozmowy dzieli się nie tylko swoimi przemyśleniami, ale wspomina również osoby, które ją inspirują. Pod koniec książki znajduje się nawet rozpiska, z krótkimi notami biograficznymi.
Niektóre fragmenty bardzo żywo odnoszą się do rzeczywistości rodzicielskiej. Jeden z nich szczególnie mnie wzruszył:
Wychowujemy dzieci przez to, jacy jesteśmy w głębi serca, a nie przez to, czego chcemy świadomie nauczyć. (…) To na kogo wyrośnie dziecko, niewiele ma wspólnego z tym, na kogo je rodzice wychowują i co robią, ale ma bardzo dużo wspólnego z tym, w jakiej atmosferze dzieci się wychowują i czym nasiąkają żyjąc z rodzicami.


Na rynku pojawia się coraz więcej refleksyjnych książek wychowawczych. Takich, które traktują dziecko nie jak produkt procesu wychowania, ale jak drugiego człowieka. Takich, w których rodzic nie jest niewolnikiem metody, ale żyjącą istotą, która ma swój bagaż i przekonania, potrzeby i uczucia. A wreszcie – pisanych przez specjalistów, którzy doceniają rodzicielskie dobre intencje i są gotowi słuchać i pielęgnować różnorodność. Takich książek wciąż potrzeba więcej.

poniedziałek, 7 marca 2016

Jak wychować szczęśliwe dziecko. Wszystko co powinniście wiedzieć o rozwoju waszego malucha - John Medina

Ta książka ma debilny tytuł. W życiu bym po nią nie sięgnęła, gdyby ktoś mi jej nie polecił. Tymczasem jest mocno naukowa i odnosi się do rozwoju mózgu i badań, czyli coś, co wręcz uwielbiam w książkach wychowawczych. Ciekawy był ten wybór tytułu przez wydawcę, bo z tego co czytałam w opiniach innych czytelników – dokładnie to co było dla mnie atrakcyjne w tej książce, nie było dla osób które wybrały tę lekturę ze względu na tytuł (a oryginalny tytuł jasno mówi że mózg gra tu pierwszoplanową rolę).

Przez większą część lektury byłam gotowa piać peany na cześć tej książki, bo autor pieczołowicie zebrał badania dotyczące wychowania i próbuje przekuwać je na praktyczne porady wychowawcze, nie wszystko jednak przejrzał tak gruntownie jakby wypadało, ale o tym napiszę później, bo jednak większość książki ma cenne treści i bardzo ją polecam! Jako psycholog, zwracam ogromną uwagę, jak bardzo autorzy odbiegają od tego, co wiemy o wychowaniu w wyniku badań, a co jest tylko ich własnym domniemaniem. Wiadomo, badania przedstawiają jakiś odcinek rzeczywistości i jak sam autor przyznaje, wychowanie dzieci to dużo bogatsze i bardziej zdumiewające doświadczenie niż dwuwymiarowy świat danych naukowych.

Dla mnie jednak, korzystanie z książki, która ma argumenty przemawiające za jakimś działaniem nie tylko na podstawie własnych doświadczeń, ale w postaci sprawdzenia swoich intuicji w praktyce i na większej grupie to wartość dodana. Pewnie, sceptycyzm jest moją naturalną postawą, bo wiele badań jest lepiej lub gorzej przeprowadzonych. Mimo wszystko podobnie jak autor doceniam, że nauka ma tę cudowną zaletę, że nie opowiada się po żadnej ze stron.

Dlaczego książka tak bardzo mi się spodobała? Przede wszystkim – jest sporo o emocjach i wpływie ich regulacji u dorosłego na dziecko, a także konkretne porady jak do tych emocji podchodzić i dlaczego. Dowiemy się na przykład, że maluchy z domów, w których rozmawia się o emocjach, szybciej się uspokajają, łatwiej koncentrują na zadaniu i mają więcej udanych relacji z rówieśnikami. Wytłumaczenia są dla mnie jasne i dobrze obrazują wiedzę, którą wyniosłam ze studiów (ale na pewno artykuły źródłowe nie przedstawiały jej tak sprawnie jak Medina:

Niektórzy przyjmują przeżycia emocjonalne w sposób pozytywny, jako ważną i wzbogacającą część swojej życiowej podróży. Inni sądzą, że emocje osłabiają człowieka i przynoszą mu wstyd, dlatego trzeba je tłumić. Jeszcze inni myślą, ze niektóre emocje, na przykład radość i zadowolenie, są w porządku, a inne powinny mieć zakaz wstępu do ich tomu; tymi drugimi są najczęściej gniew, smutek i strach. Jeszcze inni kompletnie nie wiedzą , co zrobić ze swoimi emocjami i próbują przed nimi uciekać. (…) wyznawana filozofia metaemocji ma ogromne znaczenie dla przyszłości twoich dzieci. Pozwala przewidzieć, jak będziesz reagować na ich życie emocjonalne, a to z kolei pozwala przewidzieć, jak (lub czy) dzieci nauczą się regulować własne emocje. Ponieważ ta umiejętność jest bezpośrednio związana ze społeczną kompetencją dziecka, twoja postawa względem uczuć może mieć głęboki wpływ na jego przyszłe szczęście. Musisz czuć się dobrze ze swoimi emocjami, żeby twoje dzieci czuły się dobrze ze swoimi.

Jest sporo o tym, jak kondycja związku rodziców wpływa na funkcjonowanie dziecka:

Każdy rodzic wie, że dzieci denerwują się, kiedy widzą kłótnię rodziców. Ale to, jak wcześnie zaczynają reagować, było zaskoczeniem nawet dla naukowców. Niemowlęta potrafią wykryć, że coś jest nie w porządku, już przed szóstym miesiącem życia. Mogą odczuwać zmiany fizjologiczne – na przykład wzrost ciśnienia krwi, tętna i wydzielania hormonów stresu – tak samo jak dorośli. Niektórzy naukowcy twierdzą, że potrafią ocenić poziom konfliktu w małżeństwie tylko na podstawie dobowych próbek moczu niemowlęcia.

Jest też o teorii więzi, czyli badaniach, które stoją za rodzicielstwem bliskości (to jedno z „modnych” teraz podejść wychowawczych, które są mocno osadzone w badaniach).

Zaskakujący jest wątek edukacyjny. A mianowicie, jak daleko to, że my jako dorośli radzimy sobie z emocjami wpływa nawet na… możliwości intelektualne dziecka i jego osiągnięcia w szkole:

Te dane wprawiają w osłupienie. Podważają przekonanie, że najkorzystniejsze dla dzieci jest zawsze uczenie się na pamięć. Stwierdzają jednoznacznie, że regulacja emocjonalna – umiejętność powściągania impulsów – zapowiada lepsze funkcjonowanie poznawcze. To prawdziwa naukowa sensacja: potencjał intelektualny łączy się bezpośrednio z przetwarzaniem emocjonalnym.

Pod koniec książki mój entuzjazm osłabł jednak nieco w rozdziale dotyczącym karania i nagradzania. I o ile częściowo podane są tam informacje o tym, jak nagradzać warto za wysiłek, a nie efekt, to porady w stylu – jeżeli chcesz by dziecko spędzało więcej czasu na zewnątrz, nagradzaj je kiedy będzie w pobliżu drzwi brzmi naiwnie i trochę były już słabiej przemyślane. Do wątku karania i nagradzania odsyłam do lektury Alfiego Khona Wychowanie bez nagród i kar, gdzie autor opisuje jak wspierać dziecko w byciu zmotywowanym wewnętrznie, a nie zewnętrznie. Marzyłabym, by autor przeredagował nieco fragment o karach i nagrodach, bo wydaje mi się niedopracowany w skali tego, co wiemy dzisiaj na ten temat.

Książka będzie świetnym uzupełnieniem lektur o rodzicielstwie bliskości albo dobrym wstępem dla rodzica, który nie wie po co sięgnąć na wychowawczym rynku książek. Uporządkuje też wiedzę specjalistyczną w przyjemny sposób. Z wyjęciem rozdziału o nagrodach i karach to lektura wzbogacająca i adekwatna naukowo. Dodatkowo autor z lekkością wtrąca w wyniki badań swoje własne doświadczenia i opowiada anegdoty związane z mózgiem i jego genialnymi możliwościami (moja ulubiona jest historia dyrygenta, który pamiętał pewien utwór tylko dlatego, że ćwiczyła go jego matka gdy był jeszcze płodem. Życzę miłej lektury i podpisuję się pod rekomendacją rękami i nogami.

piątek, 18 grudnia 2015

Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków - Hanna i Paweł Lis

Kuchnia słowiańska owiana jest tajemnicą, bo źródeł pisanych na jej temat jest bardzo mało. Niezwykle cenne są więc prace archeologów, którzy podczas wykopalisk znajdują m. in. gliniane garnki i poddają je badaniom, by sprawdzić, co w nich przechowywano i gotowano. Jednak samo odnalezienie szczątek nijak się ma do poznania dawnych smaków. By sprawdzić, co mogli jeść nasi przodkowie i jak te potrawy przyrządzali, Hanna i Paweł Lisowie zastosowali archeologię doświadczalną – zakasując rękawy i wcielając się w dawnych Słowian. Kuchnia Słowian jest efektem tego wyzwania i umożliwia poznanie kuchni prawdziwie polskiej i stanowi skarbnicę przepisów opartych na lokalnych i zdrowych produktach.

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, pojawiła się u mnie obawa, że przepisy będą tak eksperymentalne, że bez glinianych garnków i paleniska nic nie przygotuję. Receptury okazały się jednak zrównoważone – jest na przykład przepis na kaczkę pieczoną w glinie czy pokrzywowe chrupki, jak również szereg łatwych do odtworzenia przepisów na polewki (zupy) i bryje (cóż, nazwa może niezbyt apetyczna). Polewka grzybowa z pęczakiem, którą przyrządziłam podczas lektury tej książki smakowała znakomicie. Kwas chlebowy czeka na realizację (mniam!). Przywrócone ostatnio do kuchennych łask Polaków soczewica i kasza jaglana również pojawiają się w postaci przeróżnych dań.

Obok kulinarnych ciekawostek autorzy kreślą też kontekst historyczny. Czy istnienie Polan jest mitem? Czym można zastąpić pieprz w kuchni słowiańskiej? Czy Słowianie pijali kobyle mleko? Jak farbowali tkaniny? To starannie przygotowana książka – oprócz indeksu, na końcu znajdziemy wykaz roślin i zwierząt, które mogły być wykorzystywane przez wczesnośredniowiecznych Słowian i literaturę (z krótkim komentarzem!) umożliwiającą pogłębienie tematu.

Zawsze miałam dużą tęsknotę za lepszym poznaniem kuchni opartej na lokalnej roślinności – do dziś zastanawia mnie dlaczego aktualny program nauczania nie przewiduje tego tematu w szerszym zakresie – jeżeli się nie mylę, gdzieś na początku szkoły podstawowej jest wzmianka o kształtach liści różnych drzew. Dzika kuchnia Łukasza Łuczaja bardzo dobrze na tę potrzebę odpowiedziała, Kuchnia Słowian uzupełnia taką bliskość z naturą przez dodanie kontekstu historycznego i szeregu łatwych do odtworzenia przepisów.

Lisowie działając w Grodzisku Żmijowiska wyposażyli kuchnię we własnoręcznie ulepione gliniane garnki, przygotowali palenisko i zbierali okoliczne dary łąk i lasów by później gotować jak dawni Słowianie. Metodą prób i błędów odkrywali co było praktyczne, a co zupełnie się nie sprawdzało. Autorzy nie eksperymentowali jednak w odosobnieniu, obydwoje regularnie jeżdżą na festyny historyczne, podczas których widzowie mogą skosztować ich potraw. Podczas kontaktu z widzami autorzy sprawdzali jak przeciętny Polak rozpoznaje zboża (wcale!), poprawiliśmy się jednak jeżeli chodzi o identyfikowanie kasz (znamy ich coraz więcej). Wciąż jednak lepiej znamy loga popularnych marek niż lokalnie rosnące rośliny. Czy to ma szansę się zmienić? Wierzę, że tego typu książki będą przyczyniać się do nieformalnej edukacji naszych rodaków w zakresie tradycyjnej kuchni opartej na lokalnie dostępnych produktach.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Błysk. Opowieść o wychowaniu, geniuszu i autyzmie - Kristine Barnett

Kristine Barnett to pełna pasji, wrażliwości i kreatywności kobieta, bardzo ciężko doświadczona przez życie. „Błysk” przekazuje kilka bardzo ważnych myśli – nie tylko o wyzwaniach, z jakimi wiąże się diagnoza autyzmu u dziecka, ale przede wszystkim o rodzinnych relacjach w obliczu licznych tragedii, patrzeniu na człowieka pod kątem jego zasobów i realizowania się w tym, co kocha się najbardziej. Jest to też historia, na podstawie której można wysnuć niebezpieczne wnioski, o czym napiszę za chwilę.

Kristine i Michael Barnettowie zorientowali się, że coś jest nie tak z rozwojem ich pierwszego dziecka, gdy Jacob miał niespełna półtora roku. Początkowo tłumaczyli jego specyficzne zachowania fazą rozwojową, ząbkowaniem czy zmęczeniem. Przyszedł jednak moment, w którym został poddany diagnozie i włączony w program wsparcia dla dzieci z opóźnionym rozwojem. Ze względu na słabe postępy, przez następne lata terapia zdominowała życie chłopca, przez dom Barnettów przewijały się tabuny specjalistów, usiłujących dotrzeć do chłopca, by nauczyć go podstawowych czynności. Jake jednak niemal zupełnie ich ignorował, nie dając się włączać w proponowane zadania. Szczególnym momentem było posłanie Jake’a do przedszkola i trudna decyzja o tym, żeby zacząć nauczać go w domu, bo terapia pomagała mu w minimalnym stopniu.

Choć nie w pełni rozumiałam pasje i zainteresowania Jake’a, nie widziałam sensu, aby go do nich zniechęcać tylko dlatego, że nikt ich nie rozumiał, albo dlatego, że nie pokrywały się z wzorcowym rozwojem normalnego dziecka. Mogliśmy mu pomóc tylko poprzez nieskupianie się na tym, czego n i e  p o t r a f i ł.

Często zarówno nauczyciele, jak i rodzice dzieci z pewnymi deficytami, patrzą na nie tylko przez ich pryzmat. Zapominają, że istnieją całe obszary umiejętności, w których dziecko radzi sobie dobrze, że są rzeczy, które lubi i robi z zapałem. Nie musi to być zaburzenie o kalibrze autyzmu, wystarczą zwykłe trudności w czytaniu i pisaniu albo problemy z matematyką. A przecież właśnie to obszary zainteresowań i pasji budują kompetencje, dają siłę na radzenie sobie z wyzwaniami, jakie stawia edukacja czy oczekiwania społeczne. Bez „ładowania akumulatorów” rzeczami nas interesującymi, podejmowanie wyzwań w obszarach problemowych może być bardzo trudne.

To, że Jake okazał się geniuszem, ma znaczenie marginalne, choć na tym wątku opiera się większość opisów książki i jest to istotny kawałek historii Jake’a. Jednak większość ludzi nie jest genialnych, a by móc budować zdrowe poczucie własnej wartości, takie dziecko potrzebuje dokładnie tego samego, co dostał Jake – osób, które zobaczą nie tylko niedoskonałości, ale przede wszystkim dadzą przestrzeń na rozwój pasji, okazując zainteresowanie jego światem. Barnett widziała to, zakładając Jacob’s Place i prowadząc zajęcia dla dzieci ze spektrum autyzmu – szukając ich „konika” i dając im przestrzeń na realizowanie się właśnie w tym obszarze. Nietrudno zgadnąć, że zajęcia cieszyły się bardzo dużą popularnością. Autorka ten proces opisała nawet w formie krótkiej wizualizacji:

Wyobraź sobie, że żyjesz w pięknym lesie, w domku na drzewie, który jest jedynym miejscem dającym ci poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Tymczasem pojawiają się ludzie, którzy krzyczą: „Hej, zejdź z tego drzewa! Mieszkanie na drzewie to szalony pomysł! Musisz zejść na ziemię!”. Pewnego dnia do lasu przychodzi ktoś, kto na ciebie nie krzyczy i nie żąda, żebyś się zmienił, lecz wspina się do twojego domku i pokazuje ci, że kocha go tak bardzo jak ty. Czy relacja z tą osobą nie byłaby zupełnie inna? Gdyby powiedziała ci żebyś zszedł na chwilkę z drzewa, bo ma ci coś ciekawego do pokazania, czy nie byłbyś bardziej skłonny jej posłuchać?

Barnettowie przeszli wiele. Ich drugi syn okazał się chory na rzadką chorobę, Kristine w wieku 30 lat miała wylew, mieli duże problemy finansowe związane z kryzysem w Stanach Zjednoczonych, a to zaledwie kilka z opisanych trudności, jakie napotkali.

Duże wrażenie zrobiła na mnie postawa życiowa autorki, choć czasem miałam odczucie, że zatraca się w dawaniu siebie innym do tego stopnia, że zaniedbuje swoje własne potrzeby.

Co niebezpiecznego jest więc w tej książce? Złudzenie, jakie może wywołać w czytających – mianowicie, że z autyzmem zazwyczaj wiążą się specjalne uzdolnienia, że osoby z autyzmem często okazują się być geniuszami. Takie historie przecież najczęściej pojawiają się w filmach, czytamy o autystycznych sawantach – wydaje się więc, że to jest normą dla tej populacji. Tymczasem norma jak to norma – choć jest powszechna, nie jest atrakcyjna medialnie – geniusze wśród osób z autyzmem pojawiają się nieco częściej niż w populacji osób bez autyzmu, jednak jest to bardzo rzadkie (szacuje się, że około 10%). Natomiast to, co uniwersalne dla geniuszy i przeciętniaków, to skuteczność podejścia opartego na zasobach - pomoże każdemu dziecku. Jacob Barnett rozpoczął studia na uniwersytecie mając 8 lat. Jako 15-latek uczęszcza na studia doktoranckich. Największą jego pasją jest fizyka. To w tej dziedzinie zajmuje się opracowaniem nowatorskiej teorii, która ma szansę na nagrodę Nobla. Poczynania jego i jego mamy można śledzić na stronie www.jacobbarnett.com.

Wszystkie cytaty, jeżeli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z książki: 
Barnett Kristine (2014). Błysk. Opowieść o wychowaniu, geniuszu i autyzmie. Wydawnictwo Bukowy Las
Recenzję napisano dla serwisu LubimyCzytać.pl
 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy - Marilyn Monroe

Skrzywdzona, smutna, nieokreślona, niepewna. Na pewno nie Marilyn Monroe. A jednak. Wielu zadaje sobie pytanie, w jaki sposób ta blondowłosa piękność miała w sobie tyle wdzięku i niewinności, będąc przecież symbolem seksu. Za pośrednictwem tej książki zobaczymy inną Marilyn. Tę, o której dopiero od niedawna mówi się głośno. Kobietę, która jako dziecko doświadczyła odrzucenia, upokorzenia i braku miłości. Kobietę, która tym bardziej bała się upadku, im wyżej pięła się po szczeblach kariery. Nie dowierzała komplementom, zawsze oczekiwała, że nie podoła, pomyli się, a podziw się skończy.
„Obawa przed nowym tekstem, może nie będę zdolna się go nauczyć, może będę się mylić, ludzie pomyślą, że jestem niedobra, albo mnie wyśmieją, albo zlekceważą, albo uznają, że nie umiem grać. (…) ale próbuję podbudować się faktem że pewne rzeczy robiłam prawidłowo a nawet dobrze i że miałam doskonałe momenty ale ciężko nieść to co złe czuje że brak mi pewności siebie załamana szalona”*
Nadwrażliwość próbowała zrozumieć przez psychoanalizę. Do końca życia usiłowała się wyzwolić z poczucia winy – za własne myśli, seksualność, uczucia…
Za pośrednictwem albumu „Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy” pogrzebiemy trochę w prywatnych zbiorach legendy. Obejrzymy pomięte kartki, z przekreśleniami i próbami poetyckimi. Zobaczymy Marilyn z książką, z dziesiątkami książek które pochłaniała, poznamy też częściowo jej bibliotekę. Czy dziś na swoim Twitterze polecałaby kolejne lektury? Czy wreszcie wierzyłaby w swój potencjał?
Książkę polecam miłośnikom Marilyn i tym, którzy chcą odczarować nieco jej wizerunek. Nie jest to jednak biografia, zaledwie zbiór notatek i fotografii. Jest to jednak przeżycie intymne, bo te zapiski prawdopodobnie nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.
„(…) Zawsze na wiosnę zieleń jest zbyt ostra – choć subtelność kształtów jest łagodna i niepewna – toczy na wietrze zawziętą walkę w nieustannym drżeniu. Te liście się uspokoją, rozłożą na słońcu i będą stawiać opór każdej kropli, nawet smagane deszczem i rozrywane. Myślę, że jestem bardzo samotna – nie potrafię się skoncentrować. Widzę się teraz w lustrze, mam zmarszczone brwi – jeśli się przybliżę, zobaczę to, czego nie chcę widzieć – napięcie, smutek, rozczarowanie, moje zmętniałe oczy, policzki zaczerwienione od naczynek, które wyglądają jak rzeki na mapie – włosy opadające jak węże. Usta –są najsmutniejsze zaraz po moich martwych oczach. Między wargami biegnie ciemna linia jak kontur wielu [tekst nieczytelny] fal podczas gwałtownej burzy – ona mówi: nie całuj mnie, nie nabieraj mnie, jestem tancerką, która nie umie tańczyć.”**
----
* - Monroe, M. (2011). Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy. Wydawnictwo Literackie, s. 63.
** - Monroe, M. (2011). Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy. Wydawnictwo Literackie s. 153

Recenzję napisano dla serwisu LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nie zapomnij mnie. O tym, jak moja matka straciła pamięć, a ja na nowo odkryłem swoich rodziców - David Sieveking


David Sieveking w swojej autobiograficznej historii przedstawia trudny fragment swojego życia – odchodzenie jego matki w ramiona choroby Alzheimera. Gorzka to była lektura, osobiście trudno mi było odnaleźć metaforyczną prostotę bycia do jakiej sprowadziło się funkcjonowanie matki autora.

„Nie zapomnij mnie” to studium inteligenckiej rodziny, która była interesująca pod różnymi względami. Rodzice żyli w otwartym małżeństwie, dzieci mówiły rodzicom po imieniu, Sieveking wspomina swoją matkę, dzieciństwo, opowiada o relacjach rodziców i ich powolnym odsuwaniu się od siebie przez lata małżeństwa po zamianę ról pod koniec życia Gretel. A przede wszystkim – jak choroba zmieniła ich wszystkich.

Uderzyła mnie, przyznaję, niedojrzałość autora, jego jednoczesna tego świadomość i ogromna czułość wobec matki, która dała mu idealne warunki do rozwoju, wspierając jego wysiłki na drodze do zostania reżyserem. Ponieważ wspomnienia pisane są z perspektywy syna i filmowca zarazem („Nie zapomnij mnie” jest też filmem), wiele dowiadujemy się o Davidzie, ale też jego refleksjach na temat kręcenia postępu choroby własnej mamy, osuwającej się szybko w otępienie. Podziwiam odwagę z jaką autor pisze o swojej rodzinie, własnych przeżyciach podczas kolejnych etapów choroby:

Kiedy jednak przyjechałem do domu, radość prysła. Nasze Boże Narodzenie definitywnie nie było już tym, czym było kiedyś. Świat dzieciństwa odszedł bezpowrotnie w przeszłość! Tego roku na specjalnym stole nie leżały żadne prezenty, za to niespodzianką był kurz i brud w salonie. Nikt nie postawił choinki ani nie zapalił świeczek (…).

Nie ma w tej relacji ekshibicjonizmu zarzucanego często tak osobistym historiom. Autor dzieli się swoją intymnością i bólem, a także zachwytem nad powolnym odkrywaniem esencji jestestwa Gretel w taki sposób, że czytelnik sam staje się częścią tego świata. Dlatego ta lektura wzbogaca, jak gdyby człowiek sam miał możliwość choć częściowo doświadczyć tego, co przeżywają rodziny chorych na demencję.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Błękitny chłopiec - Rakesh Satyal

Choć Kiran jest chłopcem, preferuje dziewczęce zabawki, zabawy, książki, uwielbia taniec i kolor różowy. Trafiając do szkoły uświadamia sobie, że nie jest taki jak powinien być. Tak zaczyna się jego droga do odpowiedzi na pytanie: „Kim właściwie jestem?”.
Gdybym do życia Kirana mogła przypisać jakiś soundtrack, wybrałabym „Creep” Radiohead. Choć chłopiec w przeciwieństwie do bohatera piosenki całkiem nieźle czuje się ze swoim wyglądem, podobnie jak on czuje się nieakceptowanym odmieńcem. Sam Kiran wybrałby jednak Whitney Houston i „How will I know?”:
„To jedna z nielicznych piosenek, które mam na kasecie, a jej melodia zaczęła odzwierciedlać moje wyjątkowe położenie: żyję w świecie wielu emocji, czasami tajemniczych i radosnych, ale też niepewnych i przerażających, a muzyka Whitney uchwyca je wszystkie w jednej lśniącej bryłce piosenki. Ten kawałek przywołuje żywe kolory i żywe uczucia zaprawione odrobinką mroku płynącego z niewiedzy, jak to się skończy. Przede wszystkim wyraża tęsknotę za ukochaną osobą, która zrozumie mętlik w mojej głowie.”*
Sugerując się opisem na okładce („Historia chłopca, który myślał że jest bogiem”) sądziłam że będę mieć do czynienia z nieco paranormalnym opisem objawienia serwowanego w wieczornych wiadomościach (na kształt pokazywanych od czasu do czasu medytujących chłopców podawanych za reinkarnację któregoś z indyjskich bogów). Po lekturze zupełnie nie zgadzam się z tym hasłem – Kiran pomyślał, że może być bogiem i był to zaledwie element jego poszukiwań własnego „ja”. Ta książka traktuje o trudnej sztuce dojrzewania, gdy dokonuje się odkrycia, że żadną miarą nie pasuje się do oczekiwań otoczenia. To książka o budzącej się seksualności dwunastolatka, z całą jej intensywnością i trudnością okiełznania, o próbie integracji dwóch kultur – amerykańskiej i indyjskiej.
Podobnie jak w „Utalentowanej” Nikity Lalwani, mamy okazję obserwować życie pierwszego pokolenia indyjskich imigrantów urodzonych w USA. Kiran, w poszukiwaniach swojej tożsamości, tak opisuje pewne taneczne wydarzenie:
„Gdy staliśmy za kulisami wynajętej na tę okazję licealnej sceny, zastanawiałem się, co by zrobili uczniowie tej szkoły, gdyby tu przyszli w niedzielne popołudnie i nas wszystkich ujrzeli. Tam, gdzie mogłyby stać cheerleaderki potrząsające pomponami, tam, gdzie członkowie chóru mogliby dawać koncert, tam, gdzie koszykarze mogliby przybijać piątki przed wejściem na scenę z okazji porywającej sportowej gali na ich część, my, indyjskie dzieci, stałyśmy w kurtach padźamach i sari, trzymając drewniane patyczki i wycierając pot z umalowanych brązowych twarzy. Każdy z chłopców miał na głowie wstęgę koloru fuksji, tworzącą z boku węzeł w stylu Cyganki wróżącej z ręki. Było to bardzo dalekie od środkowozachodniego kultu „macho” wyznawanego przez mieszkańców Cincinnati. Gdzieś głęboko w sercu pragnąłem, żeby ujrzeli styl życia, który niósł z sobą nieznaną im egzotykę.
Jestem ciekaw, jak by zareagowali [koledzy i koleżanki ze szkoły – przyp. mój], widząc mnie w zupełnie innym żywiole, pośród ludzi z innym dziedzictwem, z moim dziedzictwem, radosnego, a nie ośmieszonego. Zastanawiam się, kim bym dla nich był, ubrany w lśniącą białą kurtę i jaskrawoczerwoną szarfę. Może przeobrażony w olśniewającego miłośnika fogany mógłbym zyskać szacunek wśród bardzo amerykańskich, bardzo nieindyjskich kolegów z klasy.”**
Książka jest też przepełniona nawiązaniami do amerykańskiej popkultury - i tutaj mała dygresja – tłumaczka z nieznanych mi powodów decyduje się przekładać niektóre tytuły piosenek np. „Wiosłuj w swojej łódce” zamiast znanego przecież „Row row your boat”, niektóre nazwiska (których znaczenie było istotne dla tekstu, ale przecież można by spokojnie wyjaśnić przypisem), zaś tytuły filmów animowanych i seriali znanych i przetłumaczonych na polski – pozostawia bez zmian (patrz: Strawberry Shortcake, którą przecież znamy jako Truskawkowe Ciastko). Pomimo tej niekonsekwencji, ogromnym plusem są wyjaśnienia dotyczące niektórych słów, charakterystycznych dla kultury indyjskiej (głównie elementów ubioru), o której z tej książki dowiemy się całkiem sporo.
Podsumowując, jest to dla mnie dobra pozycja przemycająca sekrety dojrzewania, problemów rasowych i własnej tożsamości seksualnej. Czytelnicy, którzy sięgną po tę książkę z pewnością będą bogatsi o nową perspektywę – perspektywę dojrzewania i szukania swojego miejsca w świecie przez „Tego Innego”.
* - Satyal, R. (2011). „Błękitny chłopiec”. Wyd. Znak, s. 194.
** - Ibidem, s. 197-198.
Recenzję napisano dla serwisu LubimyCzytać.pl

 

Sample text

Sample Text

Recent Comments Widget

Sample Text