Social Icons

czwartek, 31 października 2013

Dramat udanego dziecka - Alice Miller

Blog przekroczył dziś 2000 odsłon. Niezmiernie to miłe uczucie :) Zapraszam do lektury recenzji książki, na którą ostrzyłam sobie ząbki już od bardzo dawna :)

Nie będę ukrywać, że na chwilę obecną spoglądam na rozwój i na człowieka przez pryzmat trzech ważnych podejść: teorii przywiązania, porozumienia bez przemocy i podejścia skoncentrowanego na rozwiązaniach. Dlatego gdy trafiam na teksty o inspiracjach psychoanalitycznych czy psychodynamicznych spinam się trochę na ich negatywistyczny ton i na patrzenie na człowieka przez pryzmat tego, co w życiu złego mu się przydarzyło (patrz: Znaczenie miłości które przecież opiera się na teorii przywiązania, ale pisane jest przez psychoanalityka, więc i wydźwięk ma pesymistyczny). A jednak, Alice Miller bardzo mnie zainspirowała. Przeczytałam książkę dwa razy. Za pierwszym razem miałam tak dużą awersję wobec określeń typu „wyparte uczucia” czy „nieświadoma manipulacja”, że miałam trudności ze zrozumieniem treści zawartych w książce. Dodatkowo mierziła mnie pewność, z jaką Miller stawiała pewne tezy (no a przecież nikt tego nie dowiódł!).

Gdy pogodziłam się z tym, że autorka mówi o swoich doświadczeniach i refleksjach (poza dwoma przykładami),  a także, że posługuje się językiem, który udało mi się zrozumieć, gdy tylko otworzyłam się na to, co autorka chce przekazać czytelnikowi,  nie zważając tak bardzo na naukowe aspekty.

Nie ma dobrych i złych emocji
(...) dziecko może ich [uczuć – przyp. mój] doświadczać jedynie wówczas, kiedy w jego otoczeniu jest osoba, która akceptuje je wraz z jego uczuciami, rozumie je i chce mu towarzyszyć. Jeżeli takiej osoby nie ma, jeżeli dziecko boi się, że może utracić miłość matki bądź kogoś, kto ją zastępuje, to nie może doświadczać tych najbardziej naturalnych reakcji emocjonalnych „dla samego siebie”, w samotności, lecz musi je wyprzeć. Pozostają one jednak zachowane jako informacje nagromadzone w ciele.

Książka po raz pierwszy ukazała się pod koniec lat 70’ i nic w tej kwestii się nie zmieniło. To znaczy, w ramach różnych oddziaływań psychoedukacyjnych, głośno mówi się o tym, że nie ma dobrych i złych uczuć, bo wszystkie coś komunikują, więc są potrzebne. M.in. porozumienie bez przemocy mówi o tym, że uczucia możemy co najwyżej dzielić na przyjemne i nieprzyjemne. Te pierwsze komunikują nam, że nasze potrzeby są zaspokojone, a nieprzyjemne – że nasze potrzeby nie są zaspokojone. Gdy rodzic akceptuje pojawiające się emocje dziecka, daje mu przeżywać rozczarowania i ból niespełnienia – jednocześnie uczy go, jak w tych trudnych emocjach być w konstruktywny sposób z drugim człowiekiem.

Idealizowanie rodziców
W Adult Attachment Interview, ustukturyzowanym wywiadzie o relacjach z rodzicami w dzieciństwie, wyróżnia się kilka typów odpowiedzi, które można przyporządkować do określonego stylu przywiązania. Jednym ze stylów odpowiadania jest totalna idealizacja rodziców bez umiejętności wskazania konkretnych przykładów i sytuacji, w których ta ich superowość się objawiała. Ten styl przywiązania odpowiada unikającemu stylowi przywiązania, który w maleńkości charakteryzuje się tym, że dziecko (roczniak) pięknie samo się bawi, nie płacze pozostawione przez mamę w nowym miejscu. Niestety, dzieciak taki przeżywa duży stres podczas tej rozłąki, ale nie komunikuje, że tego kontaktu z mamą potrzebuje, bo jego wyobrażenie o innych ludziach jest takie, że tego wsparcia nie otrzyma.

Wielu ludzi zadaje innym doświadczony kiedyś ból, aby w ten sposób zachować wyidealizowany obraz rodziców. Nawet w podeszłym wieku pozostają w gruncie rzeczy małymi, zależnymi dziećmi. Nie wiedzą, że gdyby pozwolili zaistnieć dawnym, dziecięcym uczuciom, mogliby stać się bardziej autentyczni i uczciwi w stosunku do siebie i innych.

Rodzicielstwo bliskości
W teorii przywiązania, a nawet tych wcześniejszych teoriach na temat rozwoju relacji mama-dziecko (separacja-indywiduacja Margaret Mahler) mówi się o tym, że związek idealny mamy i dziecka opiera się na równowadze pomiędzy byciem blisko, a poszukiwaniem przez dziecko niezależności i poznawanie świata (eksploracja).

Czyli w idealnym scenariuszu mama puszcza dziecko zwiedzać otoczenie, ale jest dla niego dostępna, gdy maluch czegoś się przestraszy lub będzie potrzebował się do niej zbliżyć. No i wiadomo, gdy grozi mu niebezpieczeństwo. Maluch taki, z czasem, będzie oddalał się na coraz większe odległości, stawał się coraz bardziej niezależny. Toteż „trening” samodzielności w postaci zostawiania ryczącego noworodka w łóżeczku zupełnie nie dąży do usamodzielnienia dziecka, a jedynie wyrobienie w nim przekonania, że pozostaje samo ze swoimi emocjami i nie może liczyć na dorosłego by otrzymać wsparcie. Paradoks, prawda? Ludziom (niektórym) wydaje się, że taki noworodek ma być szkolony od pierwszego dnia, żeby zbyt się nie kleił do rodzica i nie był „rozpieszczony”.

Prawdziwą autonomię poprzedza doświadczenie zależności.

Im bardziej pozwalamy zaistnieć dawnym uczuciom, tym silniejsi i bardziej spójni się czujemy. Wówczas jesteśmy w stanie otworzyć się na uczucia z najwcześniejszego dzieciństwa i doświadczyć tamtej bezbronności, a to z kolei znowu wzmacnia nasze bezpieczeństwo.

Ja bym rozwinęła ten temat w duchu rodzicielstwa bliskości, mówiąc o tym, że ta zależność, w której potrzeby dziecka są zaspokajane, sprawiają, ze nabiera ono kompetencje by kiedyś samemu zaspokajać te potrzeby, bo wie że warto, wie że się da to zrobić (uczy się przyczyny). Zależność, w której potrzeby są zaspokajane, dają poczucie bezpieczeństwa, że coś takiego jest możliwe.

Jak weźmiemy tego samotnie zostawionego malucha „trenowanego” do samodzielności, widzimy wyraźnie, ze on doświadcza zależności jako stanu bezradności, bo jego potrzeby nie są zaspokajane (a on nie może tego zmienić, bo noworodek narzędzi do zmiany nie posiada).
Dziecko, które ma szczęście dorastać przy odzwierciedlającej, dyspozycyjnej matce, to znaczy wspierającej je w procesie rozwoju, może budować stopniowo zdrowe poczucie własnej wartości.
W porozumieniu bez przemocy, rodzic uczy się rozpoznawać i interpretować uczucia dziecka, dając mu niejako „lustro” tego co się z nim dzieje. Nie inne porady znajdziemy w popularnych książkach wychowawczych Jak mówić, żeby dzieci słuchały, jak słuchać żeby dzieci mówiły Thomasa Gordona.

Kilka słów o terapeutach
Interesujące rzeczy (i chyba najczęściej krytykowane) Alice Miller pisze o psychoterapeutach. Twierdzi, że powołanie do tego zawodu (a nawet pewne kompetencje) nabywa się w wyniku trudnych doświadczeń z dzieciństwa, w którym taki terapeuta jako dziecko, był nastawiony na zaspokajanie potrzeb rodzica.

Uważam, że poniższe zdanie dotyczy nie tylko psychoterapeutów, ale też nauczycieli:
Decydując się na zawód terapeuty, nie możemy sobie (…) pozwolić na (…) nieświadomość. Obowiązkiem naszym jest rozpoznanie rozmiaru szkód,  jakich doznaliśmy w dzieciństwie na skutek manipulacji, aby nieświadomie nie wyrządzić ich pacjentom. (…) musimy posiadać pełną świadomość własnej historii i rozumieć, w jaki sposób zostaliśmy przez nią ukształtowani.

Zranienia rodziców
Jak okrutne mogą być niektóre osoby w próbie realizacji swoich potrzeb, pokazuje przykład matki Barbary:

Barbara, 35 lat, dopiero w trakcie terapii doświadczyła wypieranych do tej pory lęków, które skupiały się wokół jednego tematu. Jako dziesięcioletnia dziewczynka wróciła pewnego dnia ze szkoły, był to dzień urodzin matki, i znalazła ją leżącą na podłodze z zamkniętymi oczami. Dziecko było przekonane, że matka nie żyje, i zaczęło rozpaczliwie krzyczeć. Wtedy matka otworzyła oczy i powiedziała z zachwytem: „To najpiękniejszy prezent urodzinowy, o jakim mogłam marzyć. Teraz wiem, że ktoś mnie kocha”. Współczucie dla matki sprawiło, że córka przez całe lata nie była w stanie poczuć, iż takie zachowanie było bardzo okrutne. Dopiero podczas terapii mogła zareagować adekwatnie – wściekłością i oburzeniem.

Mocne słowa kieruje też do rodziców, pisząc o doświadczaniu słabości:

Pogarda dla mniejszego i słabszego jest najlepszą obroną przed ujawnieniem własnego poczucia niemocy, jest przejawem odciętej słabości. Ten, kto jest naprawdę silny, zna swoje poczucie słabości i nie musi demonstrować mocy przez upokarzanie innych.

Wielu dorosłych doświadcza niemocy, zazdrości i poczucia opuszczenia dopiero wówczas, gdy obcują ze swoimi dziećmi, gdyż we własnym dzieciństwie nigdy nie dano im szansy przeżycia tych uczuć świadomie.

Depresja
Interesującym wątkiem była dla mnie geneza depresji.

(…) istnieją osobowości, które potrafią znieść utratę piękna, młodości, zdrowia czy ukochanej osoby, nie ulegając depresji, choć odczuwają głęboki smutek. I odwrotnie: istnieją też wielce utalentowani ludzie, cierpiący na ciężkie depresje w różnych okresach życia. Dlaczego? Ponieważ na depresję nie ma miejsca tam, gdzie poczucie własnej wartości oparte jest na prawdziwych uczuciach, a nie na posiadaniu określonych właściwości.

W innym miejscu, autorka pisze o znaczeniu, jakie ma poznanie swojej przeszłości dla zdrowienia:
Jeśli wyrzuciliśmy klucze do zrozumienia naszego życia, to przyczyny depresji, cierpienia, choroby i sposób uleczenia muszą pozostać dla nas tajemnicą.

Mówienie „nie”
Nasze potrzeby są ważne. To chyba mówi każde podejście teoretyczne na temat człowieka. Dużo w wychowaniu jednak w mediach poświęca się uwagi skrajnościom. Podejściom, które rzekomo zajmują się bezstresowym wychowaniem, które polega na tym, że dziecko na wszystko ma przyzwolenie i nie ponosi konsekwencji (chciałabym zobaczyć rodzica który świadomie taką „metodę” stosuje). A jednak, mówienie „nie” – nikomu krzywdy nie robi. Pięknie to Miller podsumowuje:

To nie odmowa zaspokojenia popędu poniża dziecko, lecz lekceważenie jego osoby.

Molestowanie i... Michalik
Kiedy czytałam tę książkę,  w mediach głośno mówiło się o dwóch wypowiedziach abp Józefa Michalika. Podaję je poniżej:

Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga. (...)

I jeszcze druga:

Karygodne są nadużycia dorosłych wobec dzieci. Nikt nie zwraca jednak uwagi na przyczyny tych zachowań. Pornografia i fałszywa miłość w niej pokazywana, brak miłości rozwodzących się rodziców i promocja ideologii gender (...)

Alice Miller, niezbyt przychylnie wypowiada się o kościele (nie mówi konkretnie, który ma na myśli), jako źródle przekonań sprzyjających krzywdzeniu dziecka. W poniższej wypowiedzi jednak, dzieli się swoją refleksją nad genezą molestowania dzieci przez rodziców:

Ojciec,  który  wyrósł  w  purytańskim  otoczeniu,  może  być bardzo  zahamowany  w małżeńskich  kontaktach  seksualnych  i  dopiero  np.  kąpiąc  maleńką dziewczynkę odważa  się po  raz  pierwszy  dokładnie  przyjrzeć się  żeńskim  narządom  płciowym  i bawić się nimi, czując przy  tym  podniecenie.  Matka,  która  była  wykorzystywana seksualnie w dzieciństwie i którą wzwiedziony penis przerażał i poniżał, boi się go. 

Zdarza  się,  że  taka  matka  opanowuje  swój  lęk  dopiero  w  kontakcie  z  maleńkim synkiem. Może np. w taki sposób wycierać dziecko po kąpieli, że ma ono erekcję, co już nie  będzie budzić w  niej  przerażenia  ani  jej  zagrażać.  Może  też Aż do  okresu dojrzewania  masować penis chłopca,  by  „usunąć”  stulejkę (zwężenie  napletka)”. Chroniona przez miłość, jaką każde dziecko czuje do matki, może teraz bezpiecznie odkrywać seksualność. 

Co  oznacza  dla  dziecka  wykorzystywanie  go  przez zahamowanych  seksualnie rodziców? Każde dziecko potrzebuje czułych dotknięć i jest szczęśliwe, otrzymując pieszczoty.  Lecz  jeśli budzą one  w  nim  uczucia,  które  na  tym  etapie  rozwoju  nie występują spontanicznie, pojawia się w  nim  niepokój.  Niepokój  ten  zwykle wzmacniany  jest  dodatkowo  przez zakazujące słowa  lub  pogardliwe  spojrzenia, jakimi rodzice reagują na jego własne autoerotyczne czynności.

Podsumowanie
Próbowałam „pojąć” Miller nakładając te teorie, które są mi bliskie. I uznaję, że z wieloma rzeczami, o których pisze autorka się zgadzam. Śmiałabym wręcz twierdzić, że lektura tej książki jest fajnym uzupełnieniem dla rodziców zafascynowanych rodzicielstwem bliskości. Nie wiem jak to jest z tym kontrowersyjnym fragmentem o terapeutach – mam wrażenie, że wrażliwość na innych można też budować przez wrażliwych rodziców, nie tylko przez takich, którzy te nasze potrzeby zaniedbywali. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Czy polecam lekturę? Z pewnością. Można pochylić się nad własnym światopoglądem dotyczącym wpływu dzieciństwa na późniejsze życie emocjonalne i przekonaniami na temat terapii psychoanalitycznej/psychodynamicznej. Warto jednak pamiętać, że nie jest to jedyny sposób na postrzeganie człowieka i na psychoterapię.

czwartek, 24 października 2013

Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy - Marilyn Monroe





Skrzywdzona, smutna, nieokreślona, niepewna. Na pewno nie Marilyn Monroe. A jednak. Wielu zadaje sobie pytanie, w jaki sposób ta blondowłosa piękność miała w sobie tyle wdzięku i niewinności, będąc przecież symbolem seksu. Za pośrednictwem tej książki zobaczymy inną Marilyn. Tę, o której dopiero od niedawna mówi się głośno. Kobietę, która jako dziecko doświadczyła odrzucenia, upokorzenia i braku miłości. Kobietę, która tym bardziej bała się upadku, im wyżej pięła się po szczeblach kariery. Nie dowierzała komplementom, zawsze oczekiwała, że nie podoła, pomyli się, a podziw się skończy.

„Obawa przed nowym tekstem, może nie będę zdolna się go nauczyć, może będę się mylić, ludzie pomyślą, że jestem niedobra, albo mnie wyśmieją, albo zlekceważą, albo uznają, że nie umiem grać. (…) ale próbuję podbudować się faktem że pewne rzeczy robiłam prawidłowo a nawet dobrze i że miałam doskonałe momenty ale ciężko nieść to co złe czuje że brak mi pewności siebie załamana szalona”

Nadwrażliwość próbowała zrozumieć przez psychoanalizę. Do końca życia usiłowała się wyzwolić z poczucia winy – za własne myśli, seksualność, uczucia…

Za pośrednictwem albumu „Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy” pogrzebiemy trochę w prywatnych zbiorach legendy. Obejrzymy pomięte kartki, z przekreśleniami i próbami poetyckimi. Zobaczymy Marilyn z książką, z dziesiątkami książek które pochłaniała, poznamy też częściowo jej bibliotekę. Czy dziś na swoim Twitterze polecałaby kolejne lektury? Czy wreszcie wierzyłaby w swój potencjał?  

Książkę polecam miłośnikom Marilyn i tym, którzy chcą odczarować nieco jej wizerunek. Nie jest to jednak biografia, zaledwie zbiór notatek i fotografii. Jest to jednak przeżycie intymne, bo te zapiski prawdopodobnie nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.


 „(…) Zawsze na wiosnę zieleń jest zbyt ostra – choć subtelność kształtów jest łagodna i niepewna – toczy na wietrze zawziętą walkę w nieustannym drżeniu. Te liście się uspokoją, rozłożą na słońcu i będą stawiać opór każdej kropli, nawet smagane deszczem i rozrywane. Myślę, że jestem bardzo samotna – nie potrafię się skoncentrować. Widzę się teraz w lustrze, mam zmarszczone brwi – jeśli się przybliżę, zobaczę to, czego nie chcę widzieć – napięcie, smutek, rozczarowanie, moje zmętniałe oczy, policzki zaczerwienione od naczynek, które wyglądają jak rzeki na mapie – włosy opadające jak węże. Usta –są najsmutniejsze zaraz po moich martwych oczach. Między wargami biegnie ciemna linia jak kontur wielu [tekst nieczytelny] fal podczas gwałtownej burzy – ona mówi: nie całuj mnie, nie nabieraj mnie, jestem tancerką, która nie umie tańczyć.”

Recenzja napisana dla serwisu Lubimy Czytać.
Wszystkie cytaty, jeżeli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z książki: 
Monroe, M. (2011).  Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy. Wydawnictwo Literackie.


czwartek, 17 października 2013

Fizyka przyszłości. Nauka do 2100 roku - MIchio Kaku



Michio Kaku, niczym doktor Emmet Brown uchyla drzwi swojego wehikułu czasu, by zaprosić nas w podróż po przyszłości. Nie musimy jednak obawiać się, że przypadkowo zapobiegniemy własnym urodzinom. Nasze ciało pozostanie bezpieczne. Jednak umysł… z pewnością będzie pracował na najwyższych obrotach.

„Fizyka przyszłości. Nauka do 2100 roku” umożliwia czytelnikowi podsłuchać jak przyszłość wyobraża sobie autor oraz inni wizjonerzy świata nauki. Mimo groźnie brzmiącej „fizyki” w tytule, wszelkie zagadnienia o większym kalibrze przedstawione są łopatologicznie i z ilustracjami. Jednak Kaku porusza przede wszystkim tematy całkiem przyziemne, jak rozwój medycyny (np. interaktywna łazienka, która każdego dnia diagnozuje stan naszego organizmu), przyszłościowe źródła energii, rozwój emocjonalny przeciętnego komputera czy samoprowadzące się samochody (któż nie pamięta „Nieustraszonego”…). Opisuje też, co może dziać się z klimatem na Ziemi. Nie sposób, nie tracąc treści wymienić wszystkie udogodnienia z przyszłości.
Jednak głównym smaczkiem dla mnie są… nawiązania do filmów i seriali SF. Książka nie jest tylko  wizją przyszłości wielkich naukowców, ale też kompendium filmów, w których ukazywany jest świat przyszłości. Żeby było smaczniej – autor komentuje, które wizje już się sprawdziły, które powoli się rozwijają, a które na razie będą musiały poczekać na spełnienie. Zupełnie też nie ma ograniczeń czasowych – Kaku pisze zarówno o kreskówkach z lat ’80, jak o całkiem nowych filmach (zaznaczam, że książka w oryginale została wydana w 2011 roku).


Ostrzegam, to książka-pożeracz mózgu. Łatwo zatopić się w świecie przyszłości, który z jednej strony wydaje się niesamowity, a z drugiej… zupełnie obcy i straszny (jak nasze prababcie czułyby się we współczesnym świecie?) – Internet w soczewkach, automatyczne translatory, przekroczenie możliwości ciała przez techniczne udoskonalenia… Mózg pracuje na najwyższych obrotach. Tak wysokich, że czasami trzeba odłożyć książkę i przemyśleć treść, a nawet... uwolnić kreatywność i obejrzeć przez szybę własną wizję przyszłości. 



Recenzja napisana dla serwisu Lubimy Czytać.

czwartek, 19 września 2013

Język baklawy. Wspomnienia - Diana Abu-Jaber


Diana Abu-Jaber wychowywała się na pograniczu dwóch kultur – amerykańskiej i jordańskiej. „Język baklawy” to wyjątkowa opowieść dokumentująca jej dorastanie – budowanie na przemian tożsamości arabskiej i zachodniej, próba odpowiedzi na pytanie – kim jestem? skąd pochodzę?


Jestem Beduinką mniej więcej tak samo jak ktokolwiek, kto jechał z pustynną karawaną. Beduin mimo woli – tęsknię za każdym miejscem, każdym krajem, w którym kiedykolwiek mieszkałam, a często nawet za miejscami, gdzie mieszkali moi przyjaciele i rodzina – i nie chcę nigdy opuścić żadnego z nich.


Diana Abu-Jaber pisze barwnie, używając głównie zmysłu powonienia, co czyni powieść wielowarstwową i fascynującą.


Niczym drugie, niewidzialne ciało, budzę się w nocy, po czym idę przez pokój, zatrzymuję się przed ciemnym oknem i wpatruję w szybę, jakbym miała przez nią przeniknąć. (…) Wracaj, chcę powiedzieć mojemu drugiemu ja, tutaj jest herbata i mięta, cukier, ciemny chleb i oliwa.


Tęsknota za ziemią obiecaną, za krajem ojców jest bardzo ważnym motywem w tej książce. Abu-Jaber opisuje swoją skomplikowaną relację z ojcem, który prawdopodobnie jest główną przyczyną jej własnych wahań i poszukiwań. „Wejście” w tę rodzinę było dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem, możliwością poznania rodziny wielokulturowej od środka. To niewątpliwie jedna z najlepszych powieści, jaką przeczytałam w tym roku.


Przez pierwszy rok po powrocie do Stanów patrzę jakby przez migoczącą mgiełkę. (…) Dzieci w sąsiedztwie są takie delikatne, jakby namalowane akwarelkami. Ale pod innymi względami są świadome, bezlitosne, wymagające. Polityka szkolnego autobusu i klasowych plotek jest zajadła, pełna intryg i wrogości. Wszystko to wydaje się tak odmienne od życia (…) dzieciaków, które znałam w Jordanii, z ich wspólnie żutą gumą, chudymi brązowymi nogami i szczerbatymi uśmiechami.


Obok „Zgagi”, „Miłości, zdrady i spaghetti” to kolejna książka dwa w jednym – osobista opowieść przeplatana przepisami kulinarnymi. Jednak jest na zupełnie innym poziomie niż pozostałe. Historia wciąga, czaruje fioletowo-czarną skórą pieczonego bakłażana i magią tysiąca i jednej nocy, przepisy są tylko dodatkiem dla historii, nie zaś jej uatrakcyjnieniem. Trzeba też podkreślić, że to przekład na wysokim poziomie, na pewno więc sięgnę po więcej tłumaczeń Dominiki Cieśli-Szymańskiej. Książka jest starannie skorygowana, nie ma w niej literówek, nieścisłości czy kwadratowych tłumaczeń – niestety zwracam na to uwagę, bo wydawnictwa coraz rzadziej skrupulatnie sprawdzają książki. Brawa dla Czarnego za poważne podejście do jakości swoich wydań.


„Język baklawy” to też podróż po kulturze Jordańczyków, ich ludowych wierzeniach i przesądach. Abu-Jaber zręcznie je przedstawia, włącza w historię nadając barw postaciom:

Munira ostrzega mnie, żebym nigdy nie otwierała ust podczas podmuchów, bo przynoszą złe wróżby, przypadkowe albo nietrafnie rzucone klątwy. To wiatr pełen pytań bez odpowiedzi, urwanych rozmów, zagubionych osobistych pamiątek o wielkiej wartości sentymentalnej.


Diana szuka odpowiedzi na pytania, które prawdopodobnie każdy kiedyś sobie zadaje. W jej tożsamość wpisana jest tęsknota. Czy nauczy się z nią żyć?


Chcę zawołać, zaprotestować: dlaczego musi być tylko jeden dom?! (…) Owoce i warzywa, potrawy, muzyka i światło, drzewa tych wszystkich miejsc wrosły we mnie, czuję ich zew.



Recenzja napisana dla serwisu Lubimy Czytać.
Wszystkie cytaty, jeżeli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z książki: 
Abu-Jaber, Diana (2012). Język Baklavy. Wspomnienia. Wydawnictwo Czarne.

czwartek, 12 września 2013

Dzika kuchnia - Łukasz Łuczaj

A może na kolejne urodziny zaserwujesz gościom pierogi nadziewane pokrzywami i rydzami? Albo tartę pokrzywową, zapiekane ziemniaki z podagrycznikiem, ciasteczka z bylicą, gołąbki zawijane w liście podbiału, chutney tarninowy, ketchup różany, kwiaty akacji w cieście naleśnikowym?
Zawsze imponowali mi ludzie, którzy znali się na roślinach. Miałam zawsze taką fantazję o byciu wiedźmą (to w końcu ta, która wie), która z różnych darów lasu potrafi przyrządzić przeróżne mikstury i potrawy. No ale cóż, w zwykłym zielniku rośliny grupowane są alfabetycznie, a z wstydem przyznam, że do niedawna nie znałam nazw nawet najpospolitszych roślin rosnących pod moim domem. Znam za to wielu grzybiarzy, a w moim domu rodzinnym żywa jest tradycja zbierania borówek czarnych, brusznicy, skrzypu, pędów sosny czy mniszka lekarskiego (popularnego mlecza). Co roku też przygotowujemy różne przetwory – najczęściej korniszony i sosy pomidorowe. Jednak wiedza zawarta w „Dzikiej kuchni” to wyższa szkoła jazdy. No i pojawiające się w głowie pytanie podczas obracania kolejnej strony: to naprawdę można zjeść?
„Dzika kuchnia” jest pięknie wydanym albumem, w którym poznamy szczegółowo najpowszechniej występujące w Polsce rośliny jadalne. Podczas lektury nieraz pierwszy raz łączyłam słyszane przez całe życie nazwy z wizerunkiem przydomowych chwastów. Każda roślina jest zilustrowana, sfotografowana, otrzymujemy informacje o tradycyjnych jej nazwach, zastosowaniach, jej składzie chemicznym i wreszcie – przykładowe przepisy. Wszystko pisane językiem przyjaznym i zrozumiałym. Dodatkowo w książce znajdują się rozmyślania autora o naszym miejscu w przyrodzie i o fascynacji życiem blisko natury.
Jeżeli tak jak ja, zawsze marzyliście o takim spacerze, podczas którego dowiecie się nie tylko jak wygląda dzięgiel, niecierpek czy rdest ale też co można z niego przyrządzić – to książka idealna do rozpoczęcia przygody z roślinami i zbieractwem. Być może książka ta będzie jedną z podstawowych lektur rosnących rzesz miastożerców?

Recenzja napisana dla serwisu Lubimy Czytać.
Wszystkie cytaty, jeżeli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z książki: 
Łuczaj, Łukasz (2013). Dzika kuchnia. Nasza Księgarnia.

czwartek, 5 września 2013

Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie - David Eagleman

Całkiem niedawno jechałam w jakieś miejsce na spotkanie. Nagle ogarnęło mnie niejasne poczucie, że zostawiłam garnek na gazie. Za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć momentu przekręcania kurka. Na szczęście, okazało się, że wszystko wyłączyłam jak powinnam. Zdarzało mi się też wracać, by sprawdzić czy zamknęłam drzwi. Czasami, jadąc komunikacją, tak pogrążam się w lekturze książki, że nie wiem kiedy minął czas potrzebny na pokonanie drogi między domem a punktem docelowym. Niektórzy na to mówią „wyłączenie”. David Eagleman powie zaś, że doświadczenia te wbudowały się w nieświadome obwody mojego mózgu, tym samym usprawniając moje funkcjonowanie. W ten sposób, oprócz automatycznego wyłączania gazu czy zamykania drzwi, mogę bez zastanowienia jeździć na rowerze, szybko pisać na klawiaturze, ale też – dzięki „oprogramowaniu” wbudowanemu w moje mózgowe obwody, oddychać, trawić i mrugać oczami.
Interesującym wątkiem poruszonym w książce jest refleksja nad wolną wolą. Może nam się wydawać, że nasze decyzje są wynikiem wolnego wyboru, nie mamy jednak przekonujących dowodów na potwierdzenie tej tezy. Gdy spojrzymy na przykład na osobę z zespołem Tourette’a, nie mającą kontroli nad swoimi tikami, a czasami też własną mową – cierpiący na koprolalię wypowiadają w obecności obcych osób przekleństwa czy wulgaryzmy, wplatając je w tok wypowiedzi. Nie ma w tym ich woli. Nietrudno więc przyznać, że osoby cierpiące na zespół Tourette’a, nie są odpowiedzialne za niezwykłe „automatyzmy” ich mózgu (bo w końcu tam wszystko się zaczyna).
Okazuje się, że nie tylko takie czynności jak oddychanie, mimowolne ruchy czy słowa mogą być automatycznie wyzwalane. Przykład Kennetha Perksa pokazuje, że nawet wykonując skomplikowane czynności mózg jest w stanie funkcjonować na autopilocie. Gdy Parks kładł się do łóżka 22 maja 1987 roku, zapewne nie spodziewał się, że obudzi się z zakrwawionymi rękoma na posterunku policji ze słowami „Chyba kogoś zabiłem… moje ręce!”. Jak później się okazało, 23-latek wstał nad ranem z łóżka, przejechał samochodem 14 mil, włamał się do domu rodziców jego żony, zabił teściową nożem i ciężko ranił teścia. Przez następny rok nie zmieniał swojej wersji wydarzeń, jego opowieść była spójna. Choć nie było wątpliwości, kto popełnił zbrodnię, nie było żadnego motywu, dla której ją popełnił. Obrona utrzymywała, że zabójstwo zostało dokonane w somnambulicznym transie, a więc bez udziału świadomości oskarżonego, bo po prostu nie był wtedy obudzony. Ku niedowierzaniu prokuratury, badania EEG potwierdziły nieprawidłowości snu Parksa. W końcu oskarżony został uwolniony od zarzutu zabójstwa teściowej i usiłowania zabójstwa teścia.
„Mózg incognito” to błyskotliwie napisana rozprawa, pokazująca ile z naszych przekonań o tym, co stanowi dziedzictwo człowieczeństwa, a co natury – jest błędna. Parafrazując autora, wszakże nasza świadomość jest tylko kroplą w oceanie procesów zachodzących w mózgu...

Recenzja napisana dla serwisu Lubimy Czytać.
Wszystkie cytaty, jeżeli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z książki: 
Eagleman, David (2012). Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej głowie. Carta Blanca.

środa, 4 września 2013

Jak napisać piękną dedykację do książki w prezencie ślubnym (i nie tylko)

Ponieważ ukazał się już post na temat książkowych prezentów ślubnych (tu), pomyślałam, że podzielę się moim pomysłem na pisanie dedykacji. Uważam, że książka, którą dajemy w prezencie ZAWSZE powinna mieć napisane od nas osobiste słowa dla nowego właściciela. Ale co napisać? Ja mam na to bardzo prosty przepis.

Dla tych, którzy nie pamiętają - podobnie jak w liście, piszemy miasto i datę po prawej górnej stronie, a dedykację zaczynamy od zwrotu do otrzymujących książkę ("Drodzy", "Kochani" czy cokolwiek innego co pasuje do naszej relacji z obdarowanymi).

W treści można oczywiście wspomnieć o okazji, z jakiej książkę dajemy, napisać też standardowe życzenia. Być może też jest jakiś powód, dla którego wybraliśmy dla tej osoby akurat tę książkę.

Sposób pierwszy


Zarówno z okazji ślubu, jak urodzin, warto moim zdaniem napisać jakieś wspomnienie związane z obdarowaną osobą lub parą młodą (może będzie to pierwsze wspomnienie? albo jakieś wyjątkowe wspólne wydarzenie?). Spróbuję zrobić takie małe "demo":

Kochani,
w dniu Waszego ślubu składam(y) Wam najserdeczniejsze życzenia. Trzymacie w ręku książkę, z której mam nadzieję wspólnie kiedyś skorzystamy,  podczas kolejnej wyprawy w góry. Bardzo często wspominamy nasz wypad w Bieszczady, gdy poznaliśmy się na Rajdzie i śpiewaliśmy harcerskie piosenki. Tyle lat temu! Te góry zawsze będą w naszym sercu w wyjątkowym miejscu, mamy nadzieję, że w Waszym też.

z uściskami

Xxx 

Sposób drugi

Jeżeli opisanie wspomnienia jest zbyt trudne lub jeżeli po prostu taki pomysł wam nie odpowiada, można też napisać dlaczego dajemy komuś akurat tę książkę - może szczególnie przypadła nam do gustu? A może jej fragment nas zainspirował? A może - no właśnie, może wiąże się z nią jakieś szczególne wspomnienie/refleksja na temat świata/polityki/religii?


Jestem pewna, że młoda para czy przyjaciel czytający taką dedykację uśmiechnie się na myśl o wspólnych chwilach. Dedykacja wcale nie musi być wyszukana by być piękna, ale przede wszystkim - osobista. Bo to autentyczność nadaje jej uroku, nie zaś piękne, lecz przepisane skądś słowa.


Mam nadzieję, że te dwa pomysły wesprą was w twórczej wędrówce jaką jest pisanie dedykacji dla ważnej dla was osoby :)
 

Sample text

Sample Text

Recent Comments Widget

Sample Text